Menu

wtorek, 9 maja 2017

Nieśmiała góra Fudżi


Trochę mniej niż sto kilometrów od Tokio znajduje się góra Fudżi (Fujisan/富士山). Jest to najwyższy szczyt Japonii (3776 m n.p.m.), który jest również wulkanem. Dla Japończyków jest to święta góra, która jednocześnie była, jest i będzie inspiracją dla artystów. Również w ogrodach japońskich można ujrzeć miniaturowy wulkan Fudżi. Samą górę można dostrzec z Tokio, jednak, aby podziwiać jej piękno najlepiej wybrać się trochę bliżej. Tu mamy kilka opcji. Zdecydowanie najbliższą z nich jest po prostu wspinaczka - jednak trzeba pamiętać, że możemy to zrobić jedynie latem przez dwa miesiące (lipiec i sierpień). Wtedy jednak trudno jest podziwiać piękno góry w całej okazałości, za to można cieszyć się niesamowitym widokiem z niej. Dla najlepszego widoku na Fudżi warto wybrać się do kilku miejsc. Do wyboru mamy Region Pięciu Jezior Fudżi (富士五湖), miasta takie jak: Shizuoka (静岡市), Hakone (箱根), różne wioski, np. Oshino Hakkai (忍野八海), plażę Miho (三保) i wiele innych miejsc dookoła góry w tym gorące źródła (Onsen 温泉). Największy szczyt Japonii najpiękniej prezentuje się w towarzystwie jezior oraz pagody Chureito 忠霊塔 (w mieście Fujiyoshida/富士吉田市). 


Widok na Fudżi z regionu Pięciu Jezior (źródło: https://alljapantours.com)



Ponieważ w Tokio miałem szczęście spotkać moich znajomych z Polski (ach te zbiegi okoliczności), który przyjechali do Japonii głownie dla Disnayland’u, postanowiłem ich zabrać na wypad poza miasto. Mieli kilka opcji do wyboru, miedzy innymi Nikkō 日光 (o którym innym razem). Ze względu na najwygodniejszy dojazd nasz wybór padł na Hakone. To właśnie stamtąd mieli podziwiać Fudżi. Miasteczko ma trochę atrakcji do zaoferowania. Można wybrać się na jeden dzień i dostać bilet na wszystkie autobusy miejskie, przepływ statkiem i dwie różne kolejki linowe (naziemną coś w rodzaju tej wjeżdżającej na Gubałówkę tylko o dłuższej trasie i także kolejka wiszącą w na linie). Dojazd z Tokio również nie stanowi żadnego problemu, trzeba jedynie pamiętać, że im wcześniej tym lepiej. Fudżi lubi się chować w godzinach południowych. 
Eliza z Piotrem gotowi do podróży :)

Wczesny wyjazd nie był jednak nam dany Eliza z Piotrem nie należą do super porannych ptaszków, ja zresztą podobnie. Wyruszyliśmy później niż się tego spodziewałem, ale byliśmy pełni nadziei na piękne widoki. Eliza snuła już w pociągu wizje swoich pięknych zdjęć Fudżi. Piotr przysypiał, gdyż nadal ciężko znosił różnice czasu między Polską, a Japonią. Pogoda nam sprzyjała, było pięknie, słonecznie i bezchmurnie. Prawie bezchmurnie. Gdzieś tam z jednej strony nieba czaiły się chmury. Były one jednak na tyle daleko, że już z pociągu mogłem wskazać Elizie biały szczyt Fudżi. Jej radość i ekscytacja sięgnęły zenitu. 


Taki to oto widok miał nas czekać :) Piękna góra Fudżi ponad jeziorem...

Dla tych co lubią “Evangeliona” Hakone powinno być ważnym punktem na mapie :)

Automat na bilety :)
Dojechaliśmy do Odawara (小田原市), a stamtąd już autobusem górskimi drogami pędziliśmy w stronę Hakone. Sama jazda autobusem jest również ciekawa. Droga z Odawara do Hakone prowadzi przez lasy, góry i przełęcze. Co jakiś czas pojawiały się niewielkie domostwa, tam też autobus miał swoje przystanki. Gdy wreszcie przejechaliśmy pod wielką czerwona bramą Tori, oznajmiłem moim kompanom, że dotarliśmy na miejsce. Byliśmy w Hakone. 

Brama Torii - jesteśmy w Hakone :)
Po naszej prawej stronie znajdowało się jezioro Ashi (芦ノ湖) i to na jego końcu miał nam się ukazać powalający widok na Fudżi. Niestety, te niegroźne chmury, które widzieliśmy z pociągu idealnie przysłoniły nam całą górę. Na szczęście czasu mieliśmy sporo i każdy z nas miał nadzieję, że chmury zmiłują się nad nami i polecą sobie gdzieś w inne miejsce. Każdy z nas był głodny, dlatego wykorzystaliśmy czas na zjedzenie w małej knajpce. Eliza, kapustożerca, była zadowolona. Japońska kuchnia zachwyciła ją kapustą. Jako wielka fanka tego warzywa za każdym razem starała się wyjeść jego część od innych. 




Tam za chmurami... właśnie tam jest góra Fudżi - nieśmiała się schowała

Niestety dla Elizy w moim zestawie nie było kapuchy :P

Z pełnymi żołądkami ruszyliśmy spacerkiem wzdłuż jeziora do chramu Hakone Jinja (箱根神社). Zdecydowanie jest to miejsce warte uwagi. Do świątyni prowadzi niedługa leśna droga, wzdłuż której po obu stornach mamy piękne czerwone latarnie, kamienie pokryte soczyście zielonym mchem. Gdy dochodzimy do pierwszego budynku mamy wybór - iść w górę lub w dół. Na dole znajduje się wystająca z jeziora sporych rozmiarów brama Tori, na górze zaś cała świątynia. My udaliśmy się najpierw do samej świątyni.


Eliza w szale fotografowania 

Droga do Hakone Jinjia


Kamienne latarnie porośnięte mchem

No to w górę.

Hakone Jinjia - piękna otoczona starymi drzewami, od razu przypadła do gustu Elizie, która skakała z aparatem robiąc zdjęcia gdzie się da. Teren samej świątyni składa się z kilku budynków, jest oczywiście miejsce na pozostawienie swoich wróżb oraz modlitw, źródełko ze smokami do rytualnego oczyszczenia, czyli w zasadzie wszystko to, co można znaleźć w większości świątyń Japońskich. Mimo to zaliczam ją do moich ulubionych. Panuje tam niesamowita atmosfera potęgowana przez zapach lasu i ciszę. To również w tej świątyni widziałem pierwszy raz w życiu tradycyjny japoński ślub podczas mojego pierwszego pobytu w Japonii. Ze świątyni udaliśmy się do bramy Tori znajdującej się poniżej, porobiliśmy zdjęcia i poszliśmy na rejs po jeziorze.


Hakone Jinja

Omikuji - wróżby pozostawione w świątyniach

Let’s pray

Drewniane tabliczki z mdlitwami










 Fudżi nadal bawiła się w chowanego, więc nie było nawet co liczyć na zobaczenie jej. Rejs sam w sobie był przyjemny. Nasz statek wyglądał jak z bajek o piratach. Niestety nie mieliśmy możliwości skorzystania z kolejki linowej (tej wiszącej), ponieważ w tym czasie była wysoka aktywność wulkaniczna. W zamian za to Japończycy podstawili autokar, który miał zabrać ludzi na kolejną kolejkę (tą w stylu tej z Gubałówki). Dla mnie było to w sumie ciekawe doświadczenie, trasę kolejką linową pokonałem już wcześniej, za to autobusem jeszcze nie. Było mi jedynie szkoda, że Eliza z Piotrem się nie załapali na taką przejażdżkęAutokarem mijaliśmy sporo miejsc gdzie pasma lasów na zboczach gór były totalnie wysuszone przez aktywność wulkaniczną. Było to dla mnie bardzo ciekawe gdyż nie widziałem czegoś takiego jeszcze (niestety nie zrobiłem zdjęć z autokaru, ale  za to zamieściłem kilka z kolejki linowej z mojej pierwszej wizyty w Hakone). Oczywiście na terenach wulkanicznych śmierdzi zgniłym jajem, taki to urok zapachów siarki. 


Takie statki kursują po jeziorze Ashi

Takie stateczki kursują po jeziorze Ashi

Co do kolejki linowej, z której tym razem nie mogliśmy skorzystać. Przy idealnej pogodzie można z niej podziwiać Fudżi w całej okazałości. Wtedy również trzeba być o odpowiednich porach, środek dnia nie jest najlepszym czasem. Chmury ustępują głównie rano lub wieczorem, dlatego też dobrze jest być w tych regionach przez dwa dni. Jeżeli pierwszego dnia się nie poszczęści, to można spróbować jeszcze raz. 


Tak wygląda kolejka, na którą Eliza i Piotr nię nie załapali

Widok z kolejki



Kopalnia siarki poniżej kolejki linowej 




Autokar dowiózł nas do stacji, z której kolejną kolejką mieliśmy udać się do stacji kolejowej w Odawara. Był to też czas na pamiątki. W oczekiwaniu na naszą kolejkę Eliza z Piotrem w przy stacyjnym sklepiku szukali pamiątek dla swoich bliskich. Gdy już wszyscy byli gotowi wsiedliśmy do kolejki i wolno toczyliśmy się nią w dół. Trasa również bardzo urocza. Z Odawary wróciliśmy do Tokio.     







Nasza ostatnia kolejka
                                                                                                                                                                                                                                                  

3 komentarze:

  1. Przepiękna góra! Mam nadzieję, że kiedyś zobaczę ją na żywo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod warunkiem, że się nie schowa w chmurach ;) Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. To miejsce ma swój magiczny klimat i chciałabym je zobaczyć.

    OdpowiedzUsuń